Strona+Główna 
 
Autoagresja 

Zaburzenia+Samozachowawcze 

Pomoc+Psychologiczna 

Poradnie+Psychologiczne 

Telefony+Zaufania 

Linki 

G a l e r i a 

S a m o b ó j s t w a 

F O R U M 

U z a l e ż n i e n i a 

A N K I E T A 

 

A N K I E T A 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Witam. Poznałem świetną dziewczynę, znamy się już miesiąc. Chciała mi od początku „coś” powiedzieć o sobie, ale dowiedziałem się niedawno. Mianowicie chodzi o to, że występuje u niej zespół autoagresji, czyli z tego, co przeczytałem w internecie dotyczy samookaleczenia się itp. W związku z tym mam pytanie, czy da się to jakoś leczyć lub czy życie z „taką” osobą i założenie rodziny może być normalne jak większość innych. Bardzo Ją kocham i chciałbym Jej pomóc, więc bardzo proszę o odpowiedź. Dziękuję

Witaj,

Autoagresję można w uproszczeniu scharakteryzować jako agresję skierowaną przeciwko sobie, najczęściej wyrażającą się w okaleczaniu własnego ciała. Ważne jest także to, co leży u podłoża takich zachowań. Często jest to przejaw ogromnego napięcia, które nie może (człowiek nie potrafi) być rozładowane w inny sposób. Ludzie, którzy dokonują zachowań autoagresywnych często przeżywają (lub przeżywali) bardzo bolesne doświadczenia, traumy, które pozostawiły po sobie ślad w postaci agresji skierowanej na samych siebie. Bardzo dobrze byłoby, gdyby Twoja dziewczyna spróbowała skonsultować się z psychologiem - terapia autoagresji jest jak najbardziej możliwa.
Ważny jest fakt, że podzieliła się z Tobą informacją, że autoagresja dotyczy jej życia - świadczy to o jej zaufaniu, a to dobry początek, gdybyś chciał jej pomagać w pracy nad jej problemem. Także sposób, w jaki na tę informację zareagowałeś – to, że się martwisz, że szukasz na ten temat informacji świadczy o tym, że chcesz jej w tym pomóc, że nie odrzucasz jej z tego powodu. To dla niej bardzo ważne! Wsparcie ze strony bliskich osób oraz świadomość, że chcesz być razem z nią w pracy nad tym problemem są dla niej na pewno ogromną podporą i będą bardzo pomocne w terapii.
Myślę, że byłoby bardzo dobrze, gdybyś spróbował namówić swoją dziewczynę na konsultację u psychologa. Autoagresji nie powinno się ani lekceważyć, ani demonizować.

Serdecznie Cię pozdrawiam
Zuzanna
Internetowa Poradnia IPZ


Witam
Mam 16 lat, autoagresje mam od 13 roku zycia,pierwsze próby samobójcze
zaczeły sie u mnie okolo 10 roku zycia...
Mozliwe, ze u niej zaczelo sie to mniej wiecej tak samo...
Kiedy mialam 13 lat pierwszy raz probowalam zabic sie podcinajac zyly,
potem powtorzyloi sie to kilka razy i...spodobalo mi sie to
Potem zaczelam robic to croaz czesciej, porpstu ciąć nadgarstek, 
i tak przynosi to ulge, wielka ulge, kiedy przecinasz skore i czujesz zimne
ostrze, i widzisz jak wyplywa spod niego ciemna krew...
Wiem, trudno zrozumiec, ale ja rozumiem wszytskie osoby, ktore tak maja i
wiem ze one tez mnie rozumieja, dla przecietnego czlowieka, jest to raczej
nie do pojecia...
Autoagresja uzaleznia, uzaleznia silnie jak narkotyk...ostatio stram sie
powstrzymywac do ciecia, ale jest to ciezkie, zwlaszcza kiedy jest mi
ciezko, mam tzw dola
Cala sie trzese, jesli nie siegam po zyletke...prawie jak alkoholik bez
wodki...
Wiec, to tak troche dla rozjasnienia wszystkim sytuacji, na czym polega
autoagresja, nie wszyscy wiedza...
A rada, hmm nie powinienes mowic tego mamie, zwlaszcza, jezeli jest ona
osoba taka jaka jest...To moze tylko pogorszyc sytacje
Staraj sie nawiazac lepszy kontakt z ta dziewczyna, rozmawiac o jej
problemach(moze nie ma sie komu ziwerzyc? )
Starajcie sie razem znalezc przyczyne tego co sie dzieje, daj jej poczucie
bezpieczenstwa i tego ze komus zalezy na niej, na jej zyciu, tylko zeby to
bylo prawdziwe
I nie zwalczaj tego na sile, to nie ma sensu, tez moze tylko wszystko
pogorszyc, tak samo jak krzyczenie, plakanie czy krytykowanie
Trzeba starac sie zrozumiec
W miare uplywu czasu, chyba ze juz ma ona do Ciebie duze i odpowiednie
zaufanie, mozesz zaproponowac jej, zeby porozmawiala z psychologiem
Czasem dobrze porozmawiac ze specjalista
Ja raz bylam, i hmm nie wybieram sie wiecej, jak na razie, bo mi sie nie
podobalo, ale akurat trafilam na beznadziejnego spychologa
Uprzedz ja, ze nie zawsze musi trafic na odpowiednia osobe
Termin wizyty, powinien byc poprzedzony tak mi sie wydaje gdzies miesiacem
swiadomosci tego, ze tam pojdzie
Powinna sie rpzygotowac psychicznie do tego, i zastanowic co chce
powiedziec
Nie musi mowic wszystkeigo co chce psycholog, czy spychiatra
Niech mowi to co ona chce, mozna dochodzic do sukcesu malymi kroczkami...
Pozdrawiam goraca, bleeding_soul - sama sobie nie umiem pomoc....moze
dlatego, ze mam malo pzyjaciol i oparcia...
Pozdrawiam, pozdrow ta dziewczyne ode mnie i powiedz , ze nie jest sama,
bo mi zalezy na wszystkich ludziach, z podobnymi problemami, na pokrewnych
mi duszach
Pozdrawiam jeszcze raz - bleeding_soul

 


Od 3 lat dzieje sie ze mną coś, co mnie w pewnych momentach przerasta. Stwierdzono u mnie tzw. osobowość niedojrzałą z zaburzeniami na tle emocjonalnym. Jestem po przejściu traumatycznym i od tych ponad 3 lat dochodzi u mnie do tzw. autoagresji(przez gryzienie siebie i przeklinanie w tym momencie). W momencie tego ataku wyłączam się, tzn. często nie pamiętam, że miał miejsce. Dosyć często przed tym, jak się to dzieje, mam zjawisko de ja vue... nie mam pojecia, co z tym robic?


Witaj,

Serdecznie współczuję temu, co przeżywasz. Nie da się stawiać diagnozy, ani leczyć listownie. Wygląda na to, że potrzebujesz pomocy psychologicznej, być może też lekarza psychiatry. Niepokojące jest to, co piszesz o autoagresji - może to być forma radzenia sobie z jakimś napięciem, niepokojem, ale warto jednak porozmawiać o tym ze specjalistą. Nie wiem, kto i w jakich okolicznościach stawiał Ci diagnozę zaburzeń na tle emocjonalnym, jeżeli był to lekarz, warto z nim na ten temat porozmawiać, a także ustalić formę leczenia.


Teraz mam 14 lat. Jakiś rok temu zaczęłam wpadać w histerie praktycznie bez przyczyny. Wystarczyło, że pokłóciłam się z mamą. Wpadałam w taki stan, że byłam zdolna wszystko zrobić. Kiedyś po kłótni z rodzicami byłam w strasznym stanie. Rzucało aż mną. Wpadła mi w oczy żyletka... Wzięłam ją do rąk. Zamknęłam się w łazience, zacisnęłam mocno zęby i przeciągnęłam żyletkę po nadgarstku. Krew zaczęła kapać do umywalki, a ja poczułam wielką ulgę. Momentalnie się uspokoiłam. Bólu nawet nie czułam. Wytarłam krew, poczekałam, aż przestanie lecieć i wyszłam z łazienki. Rodzice nic nie zauważyli. Za jakiś czas byłam sama w domu. Zadzwonił do mnie mój chłopak i powiedział że to, co nas łączy, nie ma najmniejszego sensu. Szybko się rozłączyłam, sięgnęłam ręką do kieszeni, wyciągnęłam ją, moje jedyne ukojenie - żyletkę. Pobiegłam do łazienki, łzy już kapały... Znów przeciągnęłam żyletkę po nadgarstku, tyle, że kilka razy, a nie raz i o wiele mocniej... Krew lała się strumieniami, a ja bólu nie czułam, czułam ulgę... Wielka ulgę. W jednej chwili opuszczał mnie smutek, żal, płacz, ból, cierpienie, wszystko co złe.

Któregoś dnia moja wychowawczyni zauważyła moje rany na ręce. Kazała mi przyjść po lekcji. Przyszłam. Pytała, dlaczego to robię, co mi to daje... A ja nic nie odpowiadałam. Udało mi się ją tylko wybłagać, aby nic nie mówiła moim rodzicom, ani nikomu innemu. Zgodziła się pod warunkiem, że jej obiecam, że nigdy już tego nie zrobię. To nic nie dało. Dalej się cięłam, za każdym razem mocniej i głębiej. Pomagało mi to. Gdy brakło miejsca na rękach, zaczęłam się ciąć na nogach. Gdy na nogach nie było miejsca, z powrotem cięłam się na rękach, gdzie były już tylko blizny. I tak na okrągło.

Kiedyś znów moja wychowawczyni zobaczyła świeże rany na moich rękach. Na nowo kazała mi zostać po lekcjach. Wtedy jeszcze bardziej się załamałam! Wiedziałam, że tym razem na pewno o wszystkim powie rodzicom. Przez wszystkie lekcje zastanawaiłam się czy zostać. Czy jest sens po raz n-ty z kolei wysłuchiwać ciągłych kazań i pytań typu: "Co ci to daje?", "Po co to robisz?". Mimo wachań, postanowiłam zostać.

Moja pani zaprowadziła mnie do takiego pomieszczenia, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Była tam wersalka, kilka foteli, lodówka, jakieś szafki i lustro. Kazała zdjąć mi bluzkę i zostać w podkoszulku oraz kazała mi zdjąć spodnie (!). Szczerze mówiąc, trochę zdziwiło mnie to polecenie. Spojrzałam się na nią, a ona chyba od razu zorientowała się, o co mi chodzi i uspokoiła mnie. Powiedziała, że nie ma żadnych innych zamiarów niż uświadomienie mi, że to, co sobie robię, jest całkowicie bez sensu. Zamknęła drzwi. Zaufałam jej i zrobiłam to, o co mnie prosiła. Poprosiła żebym stanęła przed lustrem. Trochę się skrępowałam, ale cóż. Robiłam to, co kazała. Stałam przed lustrem w koszulce i majtkach. Strasznie głupio się czułam. Kazała mi spojrzeć na siebie uważnie i powiedzieć, co widzę. Patrzyłam i nic nadzwyczajnego nie widziałam. Dziewczyna, wysoka, z długimi ciemnymi włosami, mówią, że chuda, ale nie w moich oczach. Nic więcej... Potem kazała mi popatrzeć na siebie i wziąć pod uwagę to, co sobie robiłam.

W tym momencie zobaczyłam całkowicie kogoś innego… Ujrzałam dziewczynę tak samo wysoką i tak samo szczupłą, ale zobaczyłam też, coś co mnie totalnie oszpecało. Wszędzie ślady po cięciu się...

Na rękach, udach, łydkach, stopach... Wszędzie. To było okropne. Nie chciałam na siebie patrzeć. W jednej chwili szybko założyłam spodnie, bluzę i wyszłam z "pokoju". Zatrzymałam się tuż za drzwiami. Kucnęłam i zaczęłam płakać. Po chwili wyszła do mnie moja pani i zapytała: "Wiesz, co chciałam ci uświadomić?".

Wiedziałam... pokazała mi wiele rzeczy. Pokazała mi to, jak się oszpeciłam. Pokazała mi moją głupotę. Pokazała mi moje rany na psychice.

Wtedy zrozumiałam, że to, co robię, nie ma najmniejszego sensu. Równie dobrze gniew czy smutek można opanowywać w inny sposób...

Moja wychowawczyni obiecała mi, że nic nie powie moim rodzicom, bo chyba ona sama zauważyła, że ja to wszystko zrozumiałam, ale zapytała czy może powiedzieć o moich problemach pani psycholog. Pozwoliłam jej.

Któregoś dnia na matematyce weszła pani psycholog, szepnęła coś na ucho pani od matmy i wyszła. Tuż po chwili "matematyczka" kazała mi iść na chwilę do pani psycholog i powiedziała, że pani będzie wiedziała, o co chodzi. Grzecznie zapukałam do drzwi szkolnego psychologa i weszłam. Domysliłam się, że to całe przedstawienie: "Idź do pani psycholog, ona bedzie wiedziała, o co chodzi" było po to, żeby przy całej klasie nie musiała mówić np. "Chodź, Madziu. Porozmawiamy sobie w spokoju w moim gabinecie". Bo po moim powrocie pewnie cała moja klasa byłaby mną "zainteresowana" i pytałaby, po co tam byłam, co robiłam... A pani psycholog widocznie dobrze zna się na ludziach i wiedziała, że potem tak będzie.

Weszłam do gabinetu, usiadłam na przeciwko pani Kasi (psycholog), a ona powiedziała, że wie już o moim problemie i że wie, co robiłam. Zadała mi "pracę domową" na 3 miesiące.

Ta praca polega na tym, że każdego wieczoru gaszę światło w pokoju, zaciągąm żaluzje – tak, aby było najciemniej, jak się da. Na stoliku stawiam palącą się świeczkę, a obok niej kładę wszystkie żyletki jakie mam w domu, a wśród nich te, którymi się ciełam.

Siadam na łóżku i patrzę. Patrzę na palącą się świeczkę i na jej blask, który odbija się w ostrzach żyletek. Polubiłam taki widok. Jest naprawdę przyjemny. Ale w tej "pracy domowej” nie o to chodzi. Chdzi o to, że patrzę na żyletki i wcale mnie nie ciągnie, aby zatopić ich ostrze w mym ciele. Uczę się patrzeć na żyletki jak na normalny przedmiot, a nie jak na przedmiot, który pomaga w "zapominaniu". Robię tak codziennie wieczorem, a na następny dzień rano, jeszcze przed lekcjami idę do pani Kasi i pokazuję jej ręce i nogi - bez świeżych ran! A za te trzy miesiące mam iść porozmawiać z panią Kasią. Zobaczymy, może przedłuży mi czas odrabiania mojej "pracy domowej", a może powie, że jestem "zdrowa". Zobaczymy. Jeszcze tylko 2 tygodnie...

Ja juz zrozumiałam, że to co robiłam nie miało sensu. I wy też to zrozumcie. Stańcie przed lustrem i popatrzcie na siebie, biorąc pod uwagę to, co robicie. A wieczorem i wy możecie razem ze mną "odrabiać pracę domową" w taki sposób, jaki opisałam wyżej. Naprawdę, to pomaga!

Dziś dzięki pani Kasi oraz mojej wychowawczyni dla siebie jestem zdrowa... Nie tnę sie! Jeśli sami sobie nie możecie poradzić, a rodzicom mówić nie chcecie, zrwóćcie się o pomoc do szkolnego psychologa, psychologa w poradni dziecięcej bądź ogólnej lub do wychowawczyni lub do jakiejkolwiek zaufanej osoby. One wam pomogą! Jestem bardzo zadowolona, że się wyleczyłam! I wy też będziecie... Zobaczycie kiedyś, że to nie ma w ogóle sensu.
 



 

Autor: Migotka

 


To zaczęło się ponad rok temu, wtedy pierwszy raz sięgnęłam po żyletkę. Tak, jestem chora na autoagresję. Zabijam ból duszy, bólem ciała. Piszę, to żeby przestrzec wszystkich, którzy zaczynają, lub chodzi im to po głowie.

To jest uzależnienie. Ja też na początku myślałam, że mogę skończyć, kiedy tylko chcę. Ale teraz już tak nie jest. Kiedy czuję się źle zadaję sobie ból. Sposobów jest wiele. Mogę się pociąć, żyletką, igłą, nożem, nawet zawleczką od piwa. Mogę przypalić się papierosem. Mogę wbić w skórę grzebień albo paznokcie, i w ten sposób rozdrapać skórę. To jest uzależnienie, tak samo jak fajki, alkohol czy narkotyki. Niestety muszę powiedzieć, że społeczeństwo nie akceptuje tego, co robimy. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Ale większość, kiedy zobaczy rany robi wielkie oczy i mówi "głupia jesteś, będziesz miała blizny". Oni nic nie rozumieją, to jest teraz mój patent na rzeczywistość. Może się to wam wydać głupie. Ale kiedy mam taki dzień, kiedy życie traci sens, kiedy wszystko się wali i wszystko jest do kitu sięgam po żyletkę... kilka razy przejadę nią po skórze, czuję ból, widzę krew i ... nagle świat nabiera barw. Wręcz powiedziałabym, że wzbudza to we mnie euforię. Życie ma sens. A ja mam taką siłę, że mogłabym góry przenosić!!! Jest po prostu wspaniale. Czuję się świetnie. Ale po jakimś czasie przychodzą wyrzuty sumienia. Co ja zrobiłam? Czuje się źle, wiec sięgam po żyletkę... Widzisz to zamknięte koło? Wyjść jest cholernie trudno. Trzeba mieć, dla kogo. Ja nie mam...

Ostrzegam wszystkich, żeby nigdy nie próbowali, bo wiecie? To był bardzo niewinny początek, podobał mi, się jeden chłopak, wyryłam na lekcji cyrklem pierwszą literkę jego ksywy na ręce. Nie wiem, dlaczego? Ale potem, już było z górki. A teraz tkwię w tym po uszy. Tak to jest - autoagresja.
 



 

Autor: maxta


 

Kolejna szrama. Kolejna blizna. Kolejna dawka bólu. Boli? Nie, pozory... A pozory często mylą. Za często. Kochałam go. Kolejny sznyt. Tak do szaleństwa. Ostry scyzoryk błądzi po mojej cienkiej skórze. Sprawdzałam. Przeciąłby ją w sekundę. Ale ja nie chcę skończyć. Następna czerwona plama. I co z tego? Gdy boli fizycznie, nie boli w środku. Tylko na zewnątrz. Nie mogę w domu. Ktoś by mnie nakrył i do psychologa wysłał. Tego by brakowało. Nie jestem nienormalna! Ja po prostu nie chcę, żeby bolało. W środku. Zamknęłam się w nieczynnej toalecie. Damska, czy męska, rybka mi to. Ważne, że nieczynna. Popatrzyłam na mój nieodłączony przedmiot. Scyzoryk. Jakie to… Pospolite… Rzuciłam nim o ścianę. Z torby odczepiłam agrafkę. Zawsze kochałam się w agrafkach. Są takie ostre… Otworzyłam jedną. Rozejrzałam się po moim ciele. Zdjęłam polarową bluzę. Nie służyła mi za ciepło. Osłaniała moje blizny przed cudzym okiem. Na moich rękach było już tyle fioletu, czerwieni… Strupów też. Ale znalazłam „czyste” miejsce. Wbiłam. Bolało? Nie… Pozory. Pociekło. Cholera, będę musiała coś wymyślić przed rodzicami. Nie mogą zobaczyć plam krwi. Nadal zastanawiam się jak mogą być aż tak ślepi, żeby nie widzieć moich ran? Aż tak mało ich obchodzę… Po co mieli by się mną przejmować… Mam tego dość! Pozwoliłam agrafce tańczyć jak chce. Zaczęła pisać. Jego literę. Imię. STOP! Muszę zapomnieć… Muszę zapomnieć o NIM. Muszę zapomnieć o niekochających rodzicach. Zapomnieć o beznadziejnej przyszłości! Zapomnieć… Tylko tego chcę…

- Karolina? Jesteś tu?- usłyszałam.
Michał. Szuka mnie. Jedyna osoba, która się mną przejmuje. Mało? Sama nie wiem… Powinno być wystarczająco.
- Karola?- powtarzał. Skuliłam się w sobie. Wbiłam agrafkę mocniej. Mocniej. Niech boli. Chcę się wreszcie doprowadzić do płaczu. CHCĘ!
- Boże… - szepnął- dziewczyno, zgłupiałaś? Co ty wyprawiasz?!- Podbiegł. Wyciągnął agrafkę. Nie bolało. Pozory. Czerwony strumyczek. Małe źródełko. Rzeka.
- Co ci odbiło?!
- Oddaj- powiedziałam cicho.
- Nie ma mowy! Wstawaj. Chodź. Opatrzymy te rany.
- Oddaj- powtórzyłam.
Spojrzał na mnie przerażony.
- Oddaj- znowu odezwałam się. Nie wiedziałam czemu.
- Nie- powiedział stanowczo. Podszedł do mnie. Wyjął chusteczkę z kieszeni. Wytarł krew. Ze mnie, nie z podłogi. Jakie to dziwne… Chyba po raz pierwszy byłam ważniejsza niż podłoga. Pociekła łza. Nie. Nie czerwona. Przezroczysta. Wytarł i ją. Delikatnie. Palcem. Nie brzydził się mnie dotknąć. Nie on…
- Czemu?- zapytał tylko.
Po chwili milczenia odparłam
- Nie wiesz o mnie nic.
-Co ty pleciesz?
- Nie wiesz o mnie nic- powtórzyłam.
- Wiem więcej, niż ci się wydaje.
- Co wiesz?
- Jesteś Karolina. Najwspanialsza osoba na ziemi. Najśliczniejsza dziewczyna pod słońcem. Najbardziej dobra istota ludzka. ON, nie kochał cię. A właściwie to NIGDY tego się nie dowiedziałaś. Rodzice mało się tobą interesują. Właściwie dają ci tylko pieniądze, a tobie potrzebna jest miłość. I w nauce też idzie ci kiepsko. Ledwo co zdajesz do następnej klasy. Marzysz o miłości. I marzysz o kochających rodzicach. I o mnóstwie przyjaciół. O popularności. Żałujesz, że masz tylko mnie- mówił już jakby z wyrzutem.- Chciałabyś, żeby wszyscy cię lubili. Taką jaka jesteś. Ale ciągle chcesz być lepsza. Chcesz pokazać światu na co cię stać. Chcesz zawsze dawać z siebie 100% i więcej. Chcesz miłości. I przyjaźni.
Mówił do mnie. A ja czułam się jak otwarta książka. Jakby czytał ze mnie wszystko co ukryte jest na dnie mojej duszy.
- Kochasz czytać książki. Chcesz zostać pisarką. Poetką. Albo tłumaczką. Myślisz jednak, że jesteś beznadziejna. A jesteś rewelacyjna.
- PRZESTAŃ!- krzyknęłam. Nie wiem dlaczego. Nie mogłam tego dłużej słuchać. On znał mnie bardziej niż ja. A ja poczułam się dziwnie. Jakby ktoś porządnie uderzył mnie w twarz. Jakbym otrząsnęła się z koszmaru. I wtedy poczułam. Poczułam jak bolą okaleczona ręce. Jak bolą i nogi, które okaleczałam w nocy, pod kołdrą. Nie boli? Pozory…
- Karolka… Chodź… Nie powiemy o tym nikomu. Zostanie to między nami. Tak jak tego zawsze chciałaś. Zwolnimy się dzisiaj wcześniej z lekcji. Przestaniesz już to robić, dobrze?
Popatrzyłam na niego. Michał. Ten Michał, który zna mnie od przedszkola. Ten Michał, z którym zawsze siedziałam w ławce, który zawsze mnie rozśmieszał, który dawał spisać prace domowe. Ten, z którym uczyłam się do chemii i matmy. Ten sam Michał, za którym szalała połowa żeńskiej części szkoły. I ta sama połowa żeńskiej części szkoły nienawidziła mnie. Myślały, że jesteśmy razem. A ja patrzyłam na niego, jak na przyjaciółkę. Nie jak na chłopaka. Był moim pamiętnikiem. Tylko teraz… Takie… Świeże spojrzenie… Delikatne dłonie… Aksamitny głos.
- Dziękuję ci- wyszeptałam.
Wstałam, ale zakręciło mi się w głowie. Złapał mnie. Nie pozwolił, żeby stała mi się krzywda.
 



 

Autor: whatever
 

 


 

Był już wieczór. Od godziny patrzyłam na świeczkę, której płomień wydawał mi się wolny od jakichkolwiek problemów. To była jedyna rzecz, która uspokajała mnie po dzisiejszym dniu. A może tak mi się tylko wydawało? Tak naprawdę w środku krzyczałam, szlochałam... Tyle bólu... I to z rąk najbliższych osób. Usłyszałam bowiem tego dnia wiele przykrych słów. Wkopano we mnie dół i nie potrafiłam się podnieść. Dolewano do niego wody przepełnionej cierpieniem. Z każdą chwilą poziom był coraz wyższy, a ja wciąż nie mogłam wstać. Jakieś niewidoczne dłonie, wyrastające z mojej duszy trzymały mnie mocno i wciągały coraz głębiej i głębiej. Czułam, że zaraz utonę. Nie mogłam oddychać. Wiedziałam, że muszę coś zrobić. Nagle wdarła się do mojego, pół przytomnego, umysłu myśl. Zawsze wraca w ciężkich chwilach, niczym koszmar powracający co noc, po którym budzę się zlana potem. Walczyłam z nią. Miotałam się niczym ofiara, która ostatkiem sił pragnie uciec przed śmiercią, zbliżającą się swoim bezwzględnym, mrocznym krokiem. Rzucona o ścianę uczuć, uległam, poddałam się. Po chwili przypominałam wygłodniałego psa, któremu rzucono zatrutą, ale smakowicie wyglądającą kość. Wiadomo, że nawet jeżeli będzie zdawał sobie sprawę z zagrożenia, to i tak ją zje. Uczucie głodu jest silniejsze od poczucia niebezpieczeństwa.

Wzięłam coś ostrego i zrobiłam wzdłuż ręki delikatny i płynny ruch. Potem kolejny i kolejny! Czułam jak moja skóra pęka. Po ręce zaczęły płynąć krople krwi, a wraz z nimi uchodził ze mnie cały ból. Wiedziałam, że przyniesie mi to ulgę, gdyż tak było za każdym razem.

Przestałam czuć cokolwiek. A może czułam tak wiele, że nie czułam nic? Może miotało mną tyle uczuć, że przestałam rozróżniać cierpienie od radości czy ból od ulgi? Wszystko zlało się w całość. Jednego mogę być pewna: było mi dobrze. Zero problemów, zero zmartwień. W moim wnętrzu panowała nicość, która pustoszyła spokój i harmonię czegoś, co przestawało istnieć – duszy. Rozdartej, niemogącej spojrzeć na własne odbicie, które było niczym. Niesamowite uczucie. Wręcz przerażające. Jednak im bardziej obce się wydawało, tym bardziej było znane. Czas się zatrzymał. Dopiero po chwili zegar mojego życia ruszył dalej. Świadczyło o tym pieczenie, które wzmagało się przy każdym ruchu. Zaczęło docierać do mnie co zrobiłam. Wiedziałam, że to jest złe. Czułam się strasznie. Szukałam jakiegoś usprawiedliwienia dla siebie. Jednak wiedziałam, że nie znajdę nic prócz własnej słabości (głupoty?)

Z biegiem czasu dochodzę jednak do pewnych wniosków: Nic nie jest warte ani śmierci, na którą tak często się decydujemy, mając całe życie przed sobą, ani okaleczania własnego ciała. Blizny bowiem zostają na zawsze, nie tylko na skórze, ale i w psychice. Poza tym, po co stwarzać sobie nowe problemy, skoro tak dużo mamy ich w życiu? Jedne mniejsze, drugie większe, ale wszystkie tak samo ważne. Warto mieć jednak osóbkę, która będzie nam pomagać w stawaniu im czoła. Samemu ciężko jest wygrać. Wiem to z własnego doświadczenia...

Ja na szczęście znalazłam kogoś takiego. Osoba ta jest jedynym powodem, dla którego chcę walczyć! Jest światłem, które ujrzałam tkwiąc na samym dnie mojego pustego wnętrza. Pomogła mi stanąć na nogi i nauczyła od nowa stawiać kroki. Jednak tym razem uczę się podążać inną drogą. Tą lepszą.

Dlatego dziękuję. Po prostu jej dziękuję...

Oni nigdy nie zobaczą
Ja nigdy nie będę
Walczę by wykarmić ten głód
Paląc się głęboko wewnątrz mnie
Ale przez moje łzy wyłamuje się
Oślepiające światło
Rodząc świt do tej nieustającej nocy...

-Evanescence-
 



 

Autor: Marii

 

 


 

Mam 16 lat, jestem uśmiechnięta, wesoła, pełna życia, ale to tylko pozory, to zewnętrzna szata. Nikomu z mojej szkoły, z mojego otocznia nie przyszłoby na myśl, że cierpię. Nie cierpię fizycznie, ale psychicznie. Jestem bardzo zakłamana. Udaję, że nic się nie dzieje, że wszystko jest OK, ale tak naprawdę nic nie jest... Nie piszę tutaj, żeby się zwierzać, bo tego nie robię, nie ufam ludziom. Po przeczytaniu tego całego artykułu, pewnie wielu z was pomyśli, że jestem stuknięta. I może w pewnym sensie mam odchyły i zdaję sobie z tego sprawę.

Samo staranie się, by rozmawiać ze Śmiercią już jest czymś zwariowanym. Mam bardzo trudną sytuację w rodzinie - moja matka jest alkoholiczką. Wtedy, kiedy była wypita, starałam się zapomnieć, chciałam sobie ulżyć. I tak po raz pierwszy pocięłam się. Na początku było lekko - chciałam sprawdzić, jak się będę czuć. Spodobało mi się. Przynajmniej wtedy zapomniałam o bólu psychicznym. Widok krwi zawsze sprawiał mi przyjemność, a jeżeli była moja, to już była największa frajda. Zaczęłam to robić coraz częściej, wtedy czułam się inaczej. Tak jakby wszystkie moje problemy spływały wraz z krwią. Coraz trudniej było mi to ukryć. Na w-f nosiłam bandaże i wymyślałam rożne głupoty. W końcu koleżanki odkryły prawdę. Po prostu podwinęły mi raz rękaw. Obiecałam im, że tego już nie zrobię, ale to było już silniejsze. Wiedziałam, że nic nie przyniesie mi takiej ulgi jak pocięcie się. Niestety koleżanki znowu odkryły co zrobiłam. Powiedziały o tym mojej wychowawczyni. Przeprowadziłyśmy rozmowę, ale ona i tak nic nie dała. Nikt nie zna mojej sytuacji w domu, a ja też nikomu o niej nie powiem. W pewnym sensie wstydzę się tego, chociaż to nie moja wina. Od tamtej pory muszę codziennie do niej chodzić, a ona sprawdza mi ręce. Ja nadal to robię, ale już nie na rękach, tylko na innych częściach ciała. Miałam dni, że chciałam się zabić i właśnie kiedyś ten dzień nadszedł. Niestety uratowali mnie. Po prostu za mocno się pocięłam i przecięłam sobie tętnicę. Blizny po tych moich wyczynach pozostały i pozostaną do końca życia. Wiem, że zawsze będę musiała się tłumaczyć, co zrobiłam, ale nigdy nikomu nie powiem. Oczywiście w moim domu dalej nikt nie wie co robię, jakby się dowiedzieli, to nie wiem co by było, ale na pewno nic dobrego. Pewnie poszłabym do psychologa. Ale on nic by mi nie pomógł. Bo potrzeba do tego woli i mimo że chcę skończyć z tym, to jednak zawsze w głębi serca pozostanie ta ulga, jaką zawsze czuję. Chciałabym ostrzec wszystkie nastolatki, co nie zaszły tak daleko jak ja. Nie próbujcie. Dajcie sobie z tym spokój. Może nie jest za późno. Spójrzcie w przyszłość. Ręce, nogi w bliznach. Wyobraźcie sobie wakacje nad morzem - jak można się z takim ciałem pokazać? Zastanówcie się, czy ktoś jest wart aż takiego poświecenia?
 

 

 

 


 

Zaczęło się całkiem niewinnie... Moja przyjaciółka założyła Internet. Zapisała się do pewnego RPG, a co za tym idzie- poznała nowe osoby. Internet powoli stawał się jej światem.
Najbardziej zaprzyjaźniła się z jedną dziewczyną. Przyjmijmy, że miała na imię Magda. Stawała się dla niej wzorem. Imponowała jej swoim zachowaniem. Była inna od ludzi żyjących na tym zasranym świecie. Pamiętam jak kiedyś się pocięłam. Powiedziałam jej o tym. Mówiła, że jestem głupia, że ona nigdy by tego nie zrobiła.. Myślałam wtedy, że mam naprawdę mądrą przyjaciółkę... Teraz wiem jak bardzo się myliłam...

Z moją przyjaciółką było coraz gorzej. Zamknęła się w sobie. Nie rozmawiała z mamą- osobą, która była jej najlepszą przyjaciółką. Zawsze jej tego tak zazdrościłam, bo moja mama nigdy taka nie była i nie będzie... Jednak osoba tak ważna stała się nagle nic nie znaczącą 'matką'. W końcu jej koleżanki miały takie same podejście... Jej mama tak bardzo cierpiała. Widziałam ból w jej oczach. Udawała, że wszystko jest w porządku lecz nie raz widziałam łzy w jej oczach, ale to był dopiero początek.

Przyszłam do niej pewnego dnia, bo musiałam przekazać jej informacje ze szkoły... Nie było to nic wesołego. Ona płakała.. Pocieszałam ją jak mogłam, ale musiałam iść. Na drugi dzień zobaczyłam na jej ręce 13 ran.. To był obraz jej bólu, bezradności... Przypomniałam jej słowa, które kiedyś mi powiedziała. Spuściła tylko głowę... Kiedy wyobrażam sobie krew spływającą z jej rąk i strumienie łez, w moim oku pojawia się mała kropla łzy... Pomyślałam wtedy stop, tak nie może być. Jej mama dowiedziała się o wszystkim. To był dla niej szok. Jej jedyna córka, do niedawna przyjaciółka, nie umie sobie poradzić z życiem. Zaczęły się sesje u psychologa, ale ona nie dała sobie pomóc... Nie chciała się zmieniać. Zrobiła krok w przód. Szkoda, że nie wiedziała, że to kolejny krok w bagno...

Teraz, gdy nie ma komputera, coś zaczyna się zmieniać... Odzywa się z mamą, ale dalej żyje we własnym świecie. Wierzę w nią, chcę jej pomóc... W końcu to moja przyjaciółka. Tyle razy mogłam się u niej wypłakać, tyle razy mi pomagała, wysłuchała. Czasem obwiniam się, że to moja wina, że coś zrobiłam nie tak... To co ona robi, to co mówi, boli mnie tak bardzo. Ale ja nie poddaję się i mimo tego, że ona mnie odtrąca... Ja nie odejdę, nie odpuszczę. Ona nie ma teraz kontaktu z Magdą. Nawiasem mówiąc nie wiem czy ona jeszcze żyje... Ostatnio u mojej przyjaciółki nastąpiła chwila zwątpienia... Żyletka znowu zrobiła rany, ale nie tylko na ciele... To są głębokie rany na duszy. Nigdy się nie zagoją. Wiem, że jeszcze nie raz się otworzą... Wierzę z całych sił, że uda się jej to pokonać...

Jednak każdego dnia budzę się z ogromnym lękiem, że jej może już nie być, że się poddała... Wtedy pomyślałabym o dziewczynie, która nie umiała sobie poradzić z życiem, która dostała szansę od życia, ale zaczęło się całkiem niewinnie... I wyszeptałabym: „Kocham Cię, moja Przyjaciółko...”

Ta historia jest prawdziwa... To przestroga... Proszę was bardzo, jeżeli macie wokół siebie osoby, z którymi coś się dzieje, pomóżcie im.. Bądźcie przy nich wtedy, gdy was potrzebują i nawet jeśli was odtrącają, nie poddawajcie się... Możecie uratować czyjeś życie... Tak cenne...



 

Autor: refleksja

 

 


''Żyła, żyletka, kran... ide bo mam plan''

''Jedna żyletka jedna żyła
jedno życie jedna chwila''