


 

|
|
Depresja
... jestem młody, mam dobrą pracę, w której się realizuję (mimo iż wykańcza mnie
zdrowotnie i psychicznie), żonę, dziecko, i jestem tak nieszczęśliwy, jak
definicja nieszczęścia...
... gdy byłam w 1 klasie gimnazjum...chyba wtedy depresja dała o sobie znać
ostrzej niż to było do tej pory....wtedy jeszcze nie wiedziałam że "to co mam"
to depresja...chciałam się zabić...popełnić samobójstwo...czułam się nikim... i
niczego już nie pragnęłam tylko śmierci... każdy kolejny dzień, spotkanie z
rodziną przyjaciółmi był dla mnie karą...czymś od czego najchętniej bym
uciekła... nienawidziłam siebie i nie miałam za grosz zaufania do
ludzi...zamknęłam się wtedy w sobie tak bardzo... że cierpiałam sama...na
codzień "sztuczny" uśmiech malował się na mojej twarzy...udawałam przed
wszystkimi że jest OK...i sama niekiedy chciałam w to wierzyć...niestety
myśli... samobójcze, te...które mówiły mi notorycznie: "jesteś nikim..."
niszczyły wszystko w co wierzyłam wszystko, co kiedyś było dla mnie
wszystkim...dawało radość życia...
... nawet najbliżsi nie wiedzą o wielu nocach gdy...chciałam już po prostu
odejść...zamknąć to wszystko zostawić...niedawno ...tak niewiele brakowało, abym
wzięła tabletki.. całe opakowanie ...zalana łzami siedziałam na ziemi przy moim
łóżku....błagałam Boga, aby...mnie zatrzymał...było mi źle...i byłam sama...
może z wyboru... nie mam zaufania do nikogo... trudno jest mi zdobywać
przyjaciół... bo kto chce się przyjaźnić z kimś, kto nigdy się nie śmieje... kto
jest poważny jak decha....i zamknięty w sobie... unika ludzi, itd. itd., jestem
typem samotnika... a do tego nie mówię dużo... i chyba nic ciekawego...
... boję się tego że tracę wszystko....i że z dnia na dzień nie widzę już
celu... leczenia, życia... nie widzę już siebie gdzieś tam w mojej
przyszłości... czy mi się uda?... nie wiem... teraz jest mi to już obojętne...
wiem i jestem przygotowana na to, że gdy jeszcze raz zostanę "sama"... gdy znów
będzie mi przeraźliwie bardzo źle tak jak tamtej nocy... umrę... nie mam już
sił... jestem nikim...
... pozostaje jeszcze ten obezwładniający smutek i poczucie że ma się w sercu
dziurę wielkości ciężarówki, której nie zapełni jednonocne pieprzenie...
... w wakacje uciekam, jak najdalej od domu, pod pozorem pracy, samodzielności i
innych.... choć na własnej skórze sprawdziłem jak to jest dowiedzieć się, że
ucieczka nie ma sensu, bo na końcu każdej autostradowej nitki jest ta sama
rozpacz, może bardziej pikantna, bo geograficznie urozmaicona...
... czuję smutek, który przeszywa mnie do trzewi... czuję, że tracę wszystko...
że staję się obojętna na to, co obok mnie... nie umiem już mówić... z moimi
bliskimi, nie umiem nawiązać z nimi nawet najmniejszego dialogu... żaden nie
chce słuchać... więc po co mam mówić?... a może chcą?... Boże... uchroń mnie od
tych myśli...od chęci skończenia ze sobą... ja już niczego nie chcę tak bardzo
jak śmierci... jak odejścia stąd... na każdym kroku doświadczam... żalu...
niedoskonałości mnie samej... zawodzę się na samej sobie... słucham innych w
nadziei, że odnajdę siebie...
... Masakra... Siedzę i wklepuję słowa w klawiaturę, na zewnątrz jest piękna
pogoda, teoretycznie powinienem coś pozytywnego zrobić ze sobą, iść gdzieś,
rozerwać się, cokolwiek... Ale nie potrafię.
Głupio mieć naście lat i na karku czuć ciężar tych wszystkich lat, strasznie
głupio. Wszystko leci na łeb, na szyję. Rany boskie, jestem młody, a czuję się
jak starzec... Czuję się jak roślinka, którą ktoś zasiał przez swoją pomyłkę i
na jej nieszczęście obdarzył świadomością. I najgorsze , że we wszystkim czuję
się po prostu żałosny... Nawet to, co piszę teraz ma dla mnie coś z poniżania
się, ze śmiesznego w swojej desperacji miotania się. To tak, jakby spojrzeć
nagle na siebie z dystansu i zobaczyć błazna...
... Czasem siadam na podłodze i patrzę na siebie z boku, na całe swoje życie. I
zwykle łzy samoistnie zaczynają spływać mi po twarzy. Mam 18 lat i jak twierdzi
moje otoczenie jestem strasznie inteligentna, i nad wyraz dojrzała... Hmmm... Ja
tymczasem zamulam się wszelkimi lekami i narkotykami. Czemu? Chyba żeby nie
widzieć tej całej beznadziei. Samotność zagłuszam w ramionach 30-letniego
faceta, który oprócz ciepła, którego tak potrzebuję, daje mi rano plik
banknotów.
O co mi właściwie chodzi? Od kiedy pamiętam, zawsze coś było ze mną "nie tak". I
nie potrafię nikomu wytłumaczyć, że mi się po prostu tzw. "normalne" życie
strasznie nie podoba. Nie potrafię egzystować w świecie tak obłudnym i
fałszywym, wśród tego zbiorowego egoizmu. Czasem staję na ulicy i przyglądam się
ludziom. Wszyscy gdzieś pędzą, mają jakieś cele. I chyba tylko ja nie mam
pojęcia o co w tym wszystkim chodzi... Odpalam papierosa i dziecinnie wierzę, że
wtopię się w otaczający mnie motłoch. Powoli kończy mi się tolerancja na ból, a
wtedy co? To chyba moja własna nadwrażliwość i zadziwiająca życiowa naiwność
mnie zabija powolutku, a może po prostu ten brak sensu i nadziei... ?
... Jestem w totalnym dołku, zresztą nie pierwszy raz, to tak powraca falami,
potem przycicha, a potem wraca ze zdwojoną siłą...
... nie chcę już... tych chwil dobrych, które trwają zbyt krótko... ani tych
złych, które nie dają nadziei... niczego już nie chcę... a po co to piszę? - bo
chcę poczuć, że komuś na mnie zależy... że ktoś mnie słucha... i kocha aby
trochę...gdzie i w jakim momencie się zatraciłam?... jestem nikim... i wiem, że
długo już tego nie zniosę... po prostu... już nie mam sił...
Na tejże internetowej grupie wsparcia spotkacie też mądrych, doświadczonych i
życzliwych ludzi, gotowych udzielić rad, pocieszyć, opowiedzieć o tym, jak sami
pokonali "potwora":
... Chciałabym przekonać Cię, że samobójstwo jest tym, co zawsze zdążysz zrobić.
A TOBIE MOŻNA POMÓC. Jakieś 1,5 roku temu mój obecnie już mąż mówił podobnie, a
ja wciąż powtarzałam: to jest depresja, to można wyleczyć, to choroba, być może
nie taka sama jak każda inna, ale można ją leczyć. Namawiałam na wizytę u
lekarza ... poszedł ... jakaś nieudolna pani psycholog, która chyba nie bardzo
sama wiedziała jak żyć a próbowała radzić jemu. Potem "wysłałam" go do innego
sprawdzonego lekarza, lekarz mówił, że terapia może trwać długo (miesiące,
lata). Niedobór serotoniny - brzmi tak banalnie a tyle zmieniło. Dostał
tabletki, chodził na terapię, wszystko powoli zaczęło się zmieniać, świat był
trochę piękniejszy, jedzenie bardziej smakowało, a i chęci do życia miał coraz
więcej (przestał mówić o samobójstwie). Wszyscy powoli zaczęli to zauważać,
mówili, że wcześniej był jakiś dziwny i mrukliwy. W najśmielszych marzeniach nie
myślałam, że to tak bardzo pomoże. Ciągle jest na tabletkach i ciągle mam w
pamięci tamte trudne chwile, kiedy nie wiedziałam jak mu pomóc. Happy end???
Myślę, że bardzo pomogła mu moja obecność i to, że powtarzałam mu, że da się to
wyleczyć.
Ale ja znałam depresję, kilka lat wcześniej chorowała na nią moja szefowa, z
którą byłam bardzo zżyta. To ona powiedziała mi co to jest depresja, to na niej
zaobserwowałam jak zmienia człowieka i jak trudno poradzić sobie z nią samemu,
kiedy reszta świata nie wie co się z ta osobą dzieje. To ona powiedziała mi, że
ataki depresji wracają i że zamyka się wtedy w domu, kontaktuje z lekarzem,
bierze tabletki i przeczekuje. Ale pewnego dnia nie przeczekała ... popełniła
samobójstwo ... ja od wtedy żyję w poczuciu winy, że nie zauważyłam, nie
pomogłam i w strachu o męża - uważnie mu się przyglądam. Chciałabym jeszcze raz
powtórzyć, choć pewnie trudno Ci w to uwierzyć. Depresję można wyleczyć.
Spróbuj, proszę...
... Były takie chwile, kiedy mając wszystkiego dość sięgaliśmy po środki
nasenne, aby zakończyć to co było i zaprzestać temu, co ma się stać... teraz to
jedynie mroczne wspomnienie, którego się chcemy pozbyć, tak jak kiedyś
chcieliśmy się pozbyć... naszego życia...
... Wyszedłem z mroku. Byłem chyba... w samym piekle, przysięgam. Piszę do Was,
bo chcę się podzielić ze wszystkimi swoją nadzieją, wiarą w przyszłość każdego z
nas. Piszę, bo nie chcę żeby ktokolwiek, kto przechodzi swoje "piekło" był teraz
sam. Obiecałem sobie kiedyś, że jeśli wytrzymam i nie popełnię samobójstwa, to
zrobię coś, aby inni nie męczyli się tak jak ja. Piszę do Was tak jak umiem, ale
przynajmniej szczerze. Po drugie niektórzy z moich przyjaciół jednak popełnili
samobójstwo, i im też poświęcony jest ten wpis. Oni nie wytrzymali - my wciąż
tak. Ja jestem "przywrócony życiu".
Chciałbym powiedzieć wszystkim, choć zabrzmi to banalnie, żeby nie tracili
nadziei, choćby czuli, że już nie wytrzymują. Naprawdę m o ż e być lepiej w
życiu. Nie mam żadnej złotej recepty na szczęście, każdy z nas musi samodzielnie
nadać sens swojemu życiu. Ale mam 27 lat i teraz już spokojniej patrzę na wiele
spraw.
Chciałbym powiedzieć Wam jedno: nie róbcie tych samych, naiwnych, bezsensownych
błędów co ja. Przysłowie mówi: "Człowiek inteligentny uczy się z cudzych
doświadczeń, średnio inteligentny - tylko z własnych. Debil nawet z własnych się
nie uczy". Byłem tak "ambitny", że chciałem wszystkie problemy rozwiązać
samodzielnie, i tak nieśmiały, że i tak nie poprosiłbym nikogo o pomoc. Na
przykład w szkole średniej, mając różne poważne, myślę, problemy nie poszedłem
nigdy do jakiegoś mądrego psychologa. U nas w kraju ludzie wstydzą się tego - co
za bzdura. Nie bójcie się tego wcale. Ja sam przeszedłem w końcu dwie
psychoterapie grupowe, rozmawiałem z tymi łapiduchami psychiatrami nie raz i w
końcu mogę powiedzieć jedno: Ci mądrzy, dobrzy ludzie mi pomogli. Oni mnie
uratowali, taka jest prawda. Kontakt z psychologami klinicznymi, z lekarzami był
początkiem "światła" w moim życiu, choć bardzo się tego bałem. Co ja wariat
jakiś jestem? Tak sobie myślałem.
Chciałbym podzielić się z Wami wszystkimi swoim poczuciem szczęścia, czasem mam
go tyle, że spokojnie starczyłoby dla innych i jeszcze by zostało. Ale jak to
zrobić? Nie wiem. ... piszcie też jak Wy sobie radzicie z problemami, w swoim
życiu, teraz lub wcześniej, na pewno coś takiego się znajdzie. Wasze
doświadczenia są cenne! Mogą być pomocne dla innych, bardziej zagubionych czy
słabszych. To jest strona o wychodzeniu z depresji...
... Mnie też nachodziły takie myśli, więc rozumiem co czujesz. Pomógł mi
psycholog. Okazało się, że jednak istnieje wyjście, i to nie jedno. Człowiek w
depresji po prostu nie widzi żadnych możliwości, a psycholog tylko otwiera mu
oczy... Pamiętaj ten krok zamyka wszelkie drogi...
... Od kilku miesięcy się leczę. To nie było łatwe. Wiele strachu, przed
psychologiem, psychiatrą, lekami, psychoterapeutą. Gdy szłam na pierwsze
spotkanie do psychiatry, czułam, że idę na 100 skumulowanych wizyt u dentysty.
Byłam pełna obaw, czy to zadziała, to była dla mnie ostateczna deska ratunku.
Albo zadziała, albo koniec, wycofuję się. Nie miałam już sił na dalszą walkę.
I...
Miałam ogromne szczęście. Jest dobrze. Opłacało się. Nie jestem jeszcze w pełni
zdrowa i leczenie trochę potrwa, ale już czuję, że moje życie całkowicie się
zmieniło. Tak jakbym dostała drugą szansę. Chce mi się, mam marzenia, plany,
energię, zapał. Stęskniłam się za tym. Znów mogę się cieszyć z małych rzeczy.
Dla mnie, to dopiero początek drogi, bo wiele jest jeszcze do zrobienia, ale
przynajmniej wiem, że droga wiedzie do celu. I z każdym tygodniem jest mi coraz
łatwiej.
Dostanie się do psychologa, bądź psychiatry, może być dla Was trudne z wielu
powodów, wiem o tym. Ale próbujcie, WARTO. Większość "pracy", to Wy będziecie
musieli wykonać, nie przeczę, ale możecie dostać silne wsparcie. Gorąco Was
ściskam, będzie dobrze. Życzę wiele siły , spokoju, pogody i chęci.
Czasem tak niewiele trzeba by komuś pomóc - wystarczy kilka słów otuchy,
okazanie zrozumienia, podzielenie się własną historią.

|
 |